O mnie

Moje zdjęcie
Jak w niebanalny sposób wprowadzić w życie odrobinę magii.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Miniaturki dla miniaturki

Co należy mieć, żeby uszyć synowi spodenki?

1. Syna.
2. Chociaż pół metra dzianiny. Wskazane jest jednak posiadanie całego magazynu pełnego dzianin o wzorach ujmujących oraz gładkich. Jest to konieczne, żeby maksymalnie utrudnić sobie decyzję, z czego rzeczone spodenki uszyć.
3. Dość pytań "A szyjesz mu już ciuszki?"
4. Burdę 5/2015.

W efekcie otrzymujemy spodenki, które na dzień dobry wymagają modyfikacji, bo, wbrew temu, co obiecuje rysunek poglądowy modelu 137, to jest wykrój na legginsy, a nie urocze pufiaste spodenki dla niemowlaka. Zanim dokonamy modyfikacji, dziecko zasypia snem sprawiedliwego, więc uszytek przymierzamy dopiero następnego ranka, ledwo zdążywszy zmienić miniaturowemu właścicielowi pieluchę. Okazuje się, że wykrój wymagał nie tylko poszerzenia, ale również przedłużenia... Ale już za późno, ściągacze wszyte, nitki pozamiatane, a świąteczne śniadanie zaczyna się za godzinę, będziemy zatem udawać, że tak miało być i właśnie o spodnie 3/4 nam chodziło. Zdobywamy się tylko na to, żeby na wykroju dopisać - "musi być 10 cm dłuższe!!", gdyby ów miał być w użyciu ponownie. 


Na wszelki wypadek uwagę wszystkich zainteresowanych ubiorem koncentrujemy na zadniej stronie uszytku, które zdobi niezwykłej urody panda:


Naprędce montujemy również bluzę w komplecie do spodenek, wykorzystując do tego model 129 z Burdy 11/2014, który to wykrój nie nastręcza żadnych niemiłych niespodzianek, jeśli tylko pamiętamy o naszyciu taśmy formującej pod lamówką dekoltu.


Zachęcone sukcesami w tworzeniu miniaturowej konfekcji, zaraz po oderwaniu się od świątecznego żarcia, rzucamy się do świątecznego szycia, montując model 138 z Burdy 6/2014, tym razem z dzianiny w urocze liski. Na fali entuzjazmu, wywołanego zapewne nadmiarem cukru, rezygnujemy z rozcięcia przy dekolcie, wstawiając za to bardzo elastyczny ściągacz. W efekcie nakładanie bluzy przypomina narodziny... Tym razem na wykroju piszemy "rękawy 7-8 cm dłuższe!", ale przed publicznością udajemy, że tak, właśnie o 3/4 nam chodziło.


Zachęcone sukcesami jak wyżej, wzgardziwszy jednak burdowymi legginsami, odrysowujemy kształt spodni od innych i montujemy model do pełzania, z grubej czarnej dresówki (aktualnie w koszu na brudy...), a zaraz po nich - "wyjściowe" w koty, bo jak tu się oprzeć kotom. W planach mamy oczywiście jeszcze ze trzy takie, bo fason jest szczególnie udany.

piątek, 15 kwietnia 2016

Do hołubców

Matka karmiąca bluzami stoi!
Fantastyczna dzianina, do której śmieją się oczy, od Fabryki Małych Cudów plus model 3A z Burdy "Szycie krok po kroku" 1/2015.
 


poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Z życia matki karmiącej

Jedną z pewnych rzeczy w życiu matki karmiącej jest to, że prędzej czy później (raczej prędzej) zostanie opluta, więc musi mieć dużo ubrań na zmianę :-D

Bluzy dla mamy karmiącej - wygodne i zapewniające zainteresowanym łatwy dostęp do bufetu. Wykrój - zmodyfikowana tunika 124 z Burdy 4/2013.

Fantastyczne dzianiny dostarczyły Fabryka Małych Cudów oraz Dresówka.pl




poniedziałek, 21 marca 2016

Kot nie zeżre

Środek nocy.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie.

Z prawej strony, cicho posapując, śpi synek.

Z lewej strony, coraz głośniej chrapiąc, śpi mąż.

W nogach mrucząc nienachalnie, leży, zwinięty w kłębek, kot.

Więc czemu ja, do licha, nie śpię??

A tak, obudził mnie jakiś stuk. Ale co stukało? Ktoś pukał do drzwi? Czasem śni mi się, że ktoś dzwoni i czasem to nawet prawda, ale przecież o trzeciej nad ranem nie polecę sprawdzać, czy pod drzwiami nie stoi przypadkiem kurier z paczką... A może mi się wydawało? Układam się wygodniej i zapadam w sen...

Znowu coś stuknęło! Na parterze stuknęło!! Wyrwana z półsnu przerażającą myślą, że ktoś mi kradnie bataty z kuchni (wtf?!) podrywam do góry głowę, a całą resztę podnoszę delikatnie i z gracją (ta, jasne...), żeby nie obudzić współspaczy. Przemyka mi myśl, żeby z misją kontrolną wysłać męża, ale pasuję. Jak go ostatni raz próbowałam obudzić tylko po to, żeby zszedł z narzuty i wszedł pod kołdrę, bo ja też chcę spać, a tak się składa, że leży w poprzek łóżka, zapytał, czy naprawdę potrzebny mi teraz ten sznurek... Tłumaczenie, że tym razem zagrożone są bataty, zajęłoby za dużo czasu! Złodziej ujdzie z warzywem!

Wynurzam się z piernatów, kot patrzy na mnie z wyrzutem. Ledwo go widać, w nocy wygląda, jak czarna dziura, ale zielone oczy dają do zrozumienia, że zaburzam mu aurę i czy muszę się tak podniecać?


 
Chwytam po drodze nożyce krawieckie, świętokradztwo użyć ich na czymś innym, niż tkanina, ale to najbardziej niebezpieczny przedmiot, jaki mam pod ręką, ostrzejszy chyba nawet od noży kuchennych, a z pewnością cięższy, i, gotowa bronić własności do upadłego, schodzę na dół.

Nikogo nie widzę... Nie tylko dlatego, że jest ciemno, jak w d..., a jakoś nie przychodzi mi do głowy żeby zapalić światło, ale przede wszystkim dlatego, że nie założyłam okularów, więc po co się w ogóle kłopotać światłem, prąd jest drogi. Tym niemniej, nikt się nie rusza, żadna zamazana sylwetka nie próbuje uciekać przez okno, drzwi zamknięte, bataty na miejscu, cisza, spokój i, najwyraźniej, urojenia.

Wracam na górę. Odkładam nożyce, wpełzam do łóżka, kociokształtna czarna dziura znów promienieje wyrzutem i wyraźnie słyszę, jak wzdycha, że te ludzie to jednak głupie są, tyle emocji o głupiego ziemniaka...

Noż kur... Znowu coś stuknęło! Żadne tam urojenia, coś stuka po nocy, spać nie daje i kradnie bataty! A ja mam problemy z zasypianiem, przez te eskapady będę nieprzytomna i nieprzysiadalna, a jak wytłumaczyć nieprzysiadalność matki półrocznemu dziecku? Nieźle już wściekła zakładam okulary, ponownie zgarniam ze stołu narzędzie i pełna morderczych zamiarów wstępuję na wojenną ścieżkę i schody.

Tym razem zapalam światło i widzę! Widzę... drugiego kota, stojącego na stole, obok przewróconego wazonu z tulipanami. Jakby nigdy nic zlizuje z blatu rozlaną wodę i w ogóle nie interesuje się żadnymi warzywami. Dostrzegłabym ją już za pierwszym razem, gdybym założyła okulary, bo ten okaz, dla odmiany, świeci odbitym światłem i czasem nawet nie można na nią patrzeć bez okularów przeciwsłonecznych. Drugi rzut oka ujawnia, że kota wcześniej zajmowała się konsumpcją liści rzeczonych kwiatów i już się cieszę, bo to znaczy, że za chwilę będzie rzygać i zgadnijcie, no zgadnijcie, kto będzie to musiał sprzątać??


I dlatego właśnie następne kwiaty sobie uszyłam...

czwartek, 10 marca 2016

Jak tu nie kochać dzianin??

31 października  roku pańskiego 2011, wczesnym rankiem (a nawet w środku nocy), czerwony fiat 126p wtoczył się na drogę krajową nr 25. W maluchu siedziały dwie nieprzytomne jednostki, przy czym jedna miała w perspektywie osiem godzin w pracy, a druga starała się utrzymać między liniami na jezdni i nie wjechać w niczyją dupę. Romantyzmu dodawała scenerii mgła, obficie zalegająca na przydrożnych polach, nadrożnych słupach i między samochodami. Piętnaście minut później maluch parkował pod kaliskim Lidlem i w tym momencie jednostka pierwsza podejrzanie żwawo, jak na tę nieprzytomną porę wyskoczyła z bolida, kurcgalopkiem przecięła pustawy parking i energicznie zaszturmowała sklepowe drzwi, zaś jednostka druga oddała się upojnemu zamykaniu drzwi malucha, co nie było łatwe, gdyż drzwi rzeczonego wozu posiadały życie wewnętrzne i ani myślały się zamykać. Dopchanie się jednostki pierwszej do upragnionego celu nie stanowiło problemu, bowiem obecne w sklepie osoby płci żeńskiej (wcale nie tak nieliczne, biorąc pod uwagę porę dnia, a nawet nocy) wbrew pesymistycznym oczekiwaniom, grzebały w skarpetkach, czy innych gatkach, kompletnie ignorując pozostałe dobra i jednostka mogła sobie wybierać do woli między dziesięcioma na oko identycznymi kartonami. Po kolejnych dziesięciu minutach jednostki opuściły sklep, pierwsza z objęciami wypełnionymi overlockiem SilverCrest i z bananem na nieprzytomnej twarzy, druga zaś z bananem i poczuciem spełnionej misji, po czym zgodnie udały się na herbatę i śniadanie, a godzina była 7:20, więc sekretarka Ania zdziwiła się ogromnie widząc jednostkę pierwszą w pracy, ale wyjaśnienie przyjęła bez zastrzeżeń i z dużą dozą sympatii.

W ten oto sposób stałam się szczęśliwą posiadaczką mrocznego przedmiotu pożądania, na którym bez opamiętania produkuję od tamtego czasu różne uszytki, szczególnie upodobując sobie dzianiny, bez których nie wyobrażam już sobie życia.

Na fali szału zakupowego, który mnie co jakiś czas ogarnia, nabyłam metodą kupna wzorzyste dzianiny w nietypowym, jak na mnie, szarym kolorze. Nietypowym, bo zazwyczaj wyglądam w nim jak wyprana w vanishu i cała jakby szarzeję, ale okazuje się, że dodatek wzorków pozytywnie wpływa na wizerunek i wybitnie poprawia prezencję. Dlatego uszyłam sobie z nich sukienki, które w newralgicznym okresie doskonale sprawdziły się również jako ubrania ciążowe. I jak tu nie kochać dzianin??

  
 

Obie kiece to mój ulubiony wykrój 22 z Diany 3/2012, doskonały do wzorzystych materiałów ze względu na małą ilość cięć. Z tego samego względu idealny wręcz na krawieckiego lenia, kiedy to chciałoby się mieć coś nowego, ale bez kilkudniowej pracy.

 

Za to ta zielona dzianina była już na regale i chyba nawet kupiłam ją na tę sukienkę – 136 z Burdy 11/2012. Model jest dla tych niezwykłych kobiet z wielkim biustem (względnie z potężnymi ramionami) i małym tyłkiem – czyli nie dla mnie, o czym przekonałam się, kiedy próbowałam go na siebie założyć. Tzn. technicznie to w niego weszłam, ale ruszać się już nie mogłam, siadanie było wielce ryzykowne i doskonale było widać, które majty mam na sobie. Poratowałam się zatem w mój ulubiony sposób – doszywając wstawki na bokach, kontrastowe, żeby wyglądało, jakby tak miało być.

 

W jednym z kaliskich sklepów z tkaninami, wcale nie moim ulubionym, bo asortyment mają słaby jak kawa rozpuszczalna po trzecim zalaniu, ale za to mają niskie ceny, znalazłam przypadkiem dzianinowy kupon. Był mój zaraz po tym, jak odstałam w kolejce dobry kwadrans, uspokajając co chwila tupiącą ze zniecierpliwieniem, głodną i spragnioną kawy mamę, bo
- pani przede mną nie mogła się zdecydować, co właściwie chce kupić,
- pani sprzedawczyni wykazywała niską ruchliwość…
- …oraz zerową asertywność, bo nie powiedziała tej pierwszej, żeby sobie pochodziła po sklepie i pooglądała, tylko konwersowała z nią przy kasie na temat „różnic między białym i ecru i czy czarna koronka to będzie do tego pasować? A może tamten złoty łańcuch byłby lepszy? A może oba? I jeszcze ta taśma z pomponami!”, nie bacząc na nasze mordercze spojrzenia i coraz większy syk wydobywający się nam zza zębów (w zastępstwie pary z uszu, na parę było zdecydowanie za ciepło),
a miałam należne 17zł odliczone i gotowe do położenia na ladzie i z tyłu głowy tłukło mi się coraz głośniej pytanie, dla kogóż, na litość, szyje taką brzydką sukienkę?!

 

Nie robiłam nawet wykroju, po prostu przycięłam z grubsza trapez, przymierzyłam, docięłam, co nie pasowało i już. Wydaje mi się, że szycie tej bluzki zajęło mniej czasu, niż nabywanie tkaniny…

 I wierzcie mi, dziś ta historia nie byłaby tak malownicza, bo:
- Czerwony maluch mamy rozkraczył się i od jakichś trzech lat czeka na naprawę, co jest szczególnie śmieszne, biorąc pod uwagę, że mój tata jest elektrykiem samochodowym;
- Ja sama jakieś trzy lata temu kupiłam sobie samochód i nie muszę już nikogo angażować do porannych polowań;
- Lidla zaczęli otwierać o 8:00…

niedziela, 21 czerwca 2015

Sofa parasite

Mój stosunek do poduszek na kanapie bardzo długo był dokładnie taki:


 Ale osobiste poglądy na dekorowanie wnętrz rzecz zmienna, nadszedł więc taki dzień, kiedy "deficyt braku" bez żadnego ostrzeżenia (i bez stanów pośrednich) zamienił się w "klęskę urodzaju.

niedziela, 24 maja 2015

Włochata organizacja

Kiedy byłam małym chłopcem...

Wróć!

Kiedy byłam właścicielką włosów długich i blond, do pielęgnacji rzeczonych włosów używałam grzebienia sferycznego z parszywego plastiku, szamponu dowolnego, byle ładnie pachniał i suszarki. Czasem.

Teraz jestem właścicielką włosów krótkich i rudych, logicznym jest więc, że posiadam:
- 5 szamponów
- 4 odzywki
- maskę,
- pastę do układania,
- dwie pianki
- dwa lakiery
- grzebień bambusowy,
- szczotkę okrągłą,
- dwie lokówkosuszarki z pełnym oprzyrządowaniem.

Nie, nie walę sobie całego tego zestawu na skalp na raz, ale fakt posiadania tych wszystkich dóbr jest niezaprzeczalny. I o ile kosmetyki jakoś znajdują swoje miejsce w łazience, kryjąc się po kątach i tajniacząc, to te lokówki domagały się specjalnego traktowania. Szczególnie gromko domagały się go w okolicach 7:25, kiedy, już w niedoczasie i z perspektywą spóźnienia się do pracy (ewentualnie zaniedbania śniadania), próbowałam odnaleźć odpowiednią do fryzury, dnia i humoru kłaków końcówkę do urządzenia w woreczku, kosmetyczce, kartoniku, czy gdzie tam aktualnie je próbowałam przechowywać. A później ową końcówkę umieścić na powrót w schowku i jeszcze go zamknąć.

Tak się na dłuższą metę nie da…

Zorganizowałam zatem organizer.

 
 
Grubą, konkretną bawełnę w akuratnych do wystroju łazienki kolorach przytargałam z lumpa. Wymierzyłam, rozrysowałam projekt, wykroiłam, zauważyłam, że zapomniałam o dodatku na szwy z jednej strony we wszystkich elementach, zmodyfikowałam plan, pozszywałam, wyprasowałam, wygięłam stosownie wieszak i już! Banalnie proste, a jak ułatwia życie!

I tak o 7 rano jestem w niedoczasie i z perspektywą spóźnienia do pracy, ale już nie przez lokówkę :-)

Na fali entuzjazmu, w poczuciu odniesionego sukcesu i motywowana prośbą przyjaciółki, której dziecię miało się już zaraz wykluć, a łóżeczko dziedzica warto by było przyozdobić jakąś funkcjonalną szmatką, zmontowałam organizer nr 2, tym razem na pampersy, chusteczki dla niemowląt i kremiki do niemowlęcych dupek, zamiast urządzeń do stylizacji. W określonych przez Marysię kolorach, żeby pasowało do sypialni, z miłej dla oka i innych zmysłów bawełny i z kieszonką z listkiem. Bo czego jak czego, ale kieszonek nigdy za dużo. Zwłaszcza z listkiem.


A rzeczywistość pokazała, że dziecię czekało grzecznie, aż ciocia się wyrobi z szyciem, a później jeszcze trochę.

Jako fanka gier planszowych i karcianych też trochę, stałam się w pewnym momencie szczęśliwą posiadaczką Munchkina (polecam!). Oryginalne pudełko przestało mieścić karty gdzieś w okolicach trzeciego dodatku... Nie było wyjścia, karty rozsypywały się, niezliczone pudełka wprowadzały chaos, a moje ocd było na skraju zapaści. 



 Jedno popołudnie, pudełko po butach, tektura z odzysku i resztka ikeowskiej bawełny uratowały mnie od szaleństwa (no dobra, większego szaleństwa...).

A przy okazji machnęłam woreczek na kości do Roju (również polecam), bo oryginalny miał zapewne przypominać plaster miodu, ale faktycznie wyglądał jak opuszczona przez powietrze piłka do nogi...


Z takim doświadczeniem uszycie organizera na łóżeczko dla własnego dziedzica powinno pójść jak z płatka, jak tylko zdecyduję, który z materiałów na to wykorzystać. Nie powinno mi to zająć więcej, niż cztery miesiące...